Jest OK, naprawdę.
Śniła mi się czarna pocztówka, na której były narysowane: muchomor i Papa Smerf. Zna się ktoś na interpretacji snów? :P
“paura di cadere ma voglia di volare… mi fido di te…” – “strach przed upadkiem, ale chęć latania… ufam Ci…” – czyli Jovanotti .
Poranna kawa w kubeczku do tęsknienia. Wlewam w siebie dobry nastrój i siły na ten długi dzień. Bez. Beze.
Jest OK, naprawdę. Mam powody do uśmiechu a nawet mruczenia. Ale czytam książkę o zamartwiającej się dziewczynie (I. Sowa “Smak świeżych malin” – polecam) i napadają mnie myślenice… onomatopeicznie, paranormalnie, paranoje, paratwoje.
Ale mi przejdzie.
Cieszy mnie, gdy prosząca o skasowanie biletu babcia nie okazuje się moherem, a istotą posiadającą w swoim słowniku wyrażenia „proszę” czy „dziękuję”.
Cieszy mnie, gdy idziemy zagadani z Craigiem, a jakiś przechodzący obok chłopak naciska nam guziczek przy przejściu dla pieszych, na które zmierzamy.
Cieszy mnie, gdy ludzie nie zapominają o podnoszeniu od czasu do czasu kącików ust w grymasie uśmiechu. ;)
Na koniec słówko o filmie „Karol- papież, który pozostał człowiekiem”.
W mojej opinii ostatnim kadrem powinno być zbliżenie na uśmiech Człowieka w Bieli, wtedy, gdy jest na tle Taterów (tudzież innych gór); pogrzeb nie był konieczny.
Scena z Ali’m – dobrze, że w takiej formie- trafia do widza. Widoczny w oczach aktora obłęd, przynajmniej u mnie osiągnął skutek (siedzę w wygodnym kinowym fotelu, a na świecie terroryści).
Typowo ‘Papieżowe’ wstawki typu “jestem tu nowy” do strażnika Watykanu były bardzo potrzebne, aby ukazać ten genialny hart ducha, którego brakuje wielu młodym, nie mówiąc już o starszych ludziach.
A na koniec początek filmu. Czemu? “Chamstwo!” “Bezczelność!” “Jak tak można!” – te okrzyki publiczności wydają mi się wystarczająco wymownym komentarzem na ukazaną bezpośrednio przed rozpoczęciem filmu reklamę LPRu, który w swej kampani wyborczej (sic!) wykorzystuje wizerunek Jana Pawła 2. [wniosek: Nie lubisz LPRu = Nie lubisz Jana Pawła II Wielkiego ?!]

Mi się śniło, że mnie facet napadł na ulicy, chciał pieniędzy, ja nie miałam, i pociął mi całe ręce nożem.
Mr Freud, any idea?
[...] 24. października, godzina 20:52. Z głośników wydziera się Ringworm, na biurku leżą nie ruszone jeszcze notatki. Jutro znów pobudka o 6:15 rano. Na koncie 43zł, nadal brak decyzji dot. stypendium. Nic mi się nie śniło. Nie mam czasu skończyć kupionej książki. Chcę laptopa. Chcę się wreszcie wyspać. Chcę znaleźć chwilę, żeby móc złożyć głowę na Jej kolanach i odciąć się od tego wszystkiego. Eh. [...]
Silence on the wire « Daily Mariusz powiedział 24 październik, 2006 @ 8:57 pm